Odszedł Roman Lewsza - wspomnienie

Oliwia Janik|28.09.2018

Odszedł Roman Lewsza

23 lutego tego roku pożegnaliśmy Pana Romana Lewszę, wieloletniego pracownika Białowieskiego Parku Narodowego, który poświęcił się pracy przy karmieniu żubrów i opiece nad stadem. Poniżej wspomnienie Jego przyjaciela, pana Janusza Sochackiego.

„Poznałem Romana kilka lat temu. Jadąc z bratem do Białowieży zabraliśmy autostopowiczkę. Postawiliśmy jej jednak warunek, że zabierzemy ją jak nam coś ciekawego opowie. Opowiedziała o człowieku, który ma swojego żubra i wytłumaczyła, jak do niego dojechać. W drodze powrotnej postanowiliśmy sprawdzić prawdomówność dziewczyny. Okazało się, że wszystko było prawdą – i osada Zamosze, i Pan Lewsza, i żubr. Samego żubra nigdy nie udało mi się zobaczyć. Znam go jedynie z filmu, zdjęć oraz artykułu z gazety. W 2005 roku znalezione przez turystów ciało żubra zostało zidentyfikowane przez Romana jako „Bysiu”, jego żubr. Sam fakt tak bliskiej przyjaźni wolno żyjącego żubra z człowiekiem jest podobno niezmiernie rzadki. Sam chciałbym mieć takiego „Bysia”.

Nasze kontakty z Romanem to wielokrotne wizyty w Zamoszu, wspólne wędrówki po lesie, wspólne karmienie żubrów i ich fotografowanie. Roman ze względu na swój charakter był stale delegowany do pomocy przy wszelkiego rodzaju realizacjach telewizyjnych, wizytach ekip fotograficznych i innych. Wystąpił w kilku reportażach o żubrzej tematyce. Poza karmieniem zajmował się uprawą łąk z przeznaczeniem na siano dla żubrów, tak więc jego praca z żubrami trwała praktycznie cały rok. Muszę przyznać, że wbrew pozorom jest to ciężki kawałek chleba. Sam poznałem smak tej pracy kilkakrotnie „przewalając” widłami kilkaset kilogramów siana. I nawet przy dwudziestostopniowym mrozie nie miałem problemu z zimnem, a wręcz przeciwnie.

W przypadku Romana można by rzec, że jest dzieckiem lasu. Kiedy przyszedł czas porodu, ojciec zabrał matkę na wóz z sianem i ciemną nocą przez las pojechali do izby porodowej. Traf chciał, że Romanowi spieszyło się z przyjściem na świat i nie pozwolił matce dojechać na miejsce. Urodził się w lesie pod starym dębem. I tak mu zostało już do śmierci. Urodził się w lesie, w nim się wychowywał, w nim pracował i w nim umarł. Trochę za wcześnie. Miał tylko 51 lat.”

Janusz Sochacki